eksplozja (nieskończone)
Wilgotny sufit szatni. Łuk Nike w konturach zieleni, zepsuty, spleśniały. Brudne getry i włosy na kolanie przylegające do skóry jak kompost do ziemi. Po szyi spływały jeszcze krople potu, kępki murawy zawinęły się na korkach. Przeciąg zmroził mu czoło, przefrunął pod pachami.
Trener stał w drzwiach. Długo milczał, a jego przekrwione z bezsilnej złości oczy wpatrywały się w piłkarza.
– Na początku wyglądało, jakbyś się cieszył – stwierdził. – Na początku w ogóle to wyglądało jak dobry żart.
– Zobaczysz, piłkarzu – Dafi kiwał się na metalowym płotku, z rakietą zakleszczoną między stopami. Jego usta były wściekle czerwone – tylko na nie poczekaj. Zresztą Asię widziałeś, dwie najlepsze szmaty z roku. Justyna to typ dziwki, niezła dziwka, powiem ci w tajemnicy.
Te usta, choć cienkie jak kreseczka, dziś pomalowane szminką z nie wiadomo jakiego powodu, wyglądały jak usta kobiety. Dafi w ogóle miał ten szczególny rodzaj urody, który w zależności od długości zarostu pozwalał widzieć w nim raz mężczyznę, raz kobietę.
Na kulturoznawstwie były prawie same kobiety.
– Ile można siedzieć w aucie? Kurwa.
– Może się przebierają.
– Jesteś zboczony, piłkarzu. Jesteś jebanym zboczeńcem, wiesz o tym? Kobieta w stroju do tenisa to jakiś fetysz, wchodzisz na takie strony? Na strony z kobietami do tenisa?
Wychodziły z czerwonego polo z dziewczęcą nieporadnością. Przebrane w krótkie plisowane spódniczki i białe bluzki wyciągały rakiety i piłki. Piłki oczywiście musiały się rozsypać. Musiały, bo tego wymagała sytuacja. Bo Michał musiał się zastanawiać, czy to czasami nie sen, że patrzy na Asię w białym stroju, która przyklękła jak wróżka z banalnej bajki zbierająca od pszczół delikatny, miodowy pyłek. Miodowy pyłek, kurwa.
– Są piękne – Dafi bez wysiłku podrzucił stopami rakietę i złapał ją w powietrzu. – Są zajebiście piękne. Jak wszystkie te ladies z lat siedemdziesiątych, jak panienki z dobrych domów zapisane od małego do klubów tenisowych.
Asia – z włosami podchodzącymi pod kolor kasztanów, Justyna – rasowa brunetka. Tak jak rasowy może być pies. Wszystko było zbyt doskonałe. Asia go pamiętała, musiała go pamiętać, bo uśmiechnęła się na jego widok, więc Michał odwzajemnił uśmiech. Była piękna, ładniejsza od Justyny, subtelna, nienachalna w swojej urodzie, bardziej ładna niż seksowna, choć w tym stroju, jej uda, delikatny naskórek ich wewnętrznych części prosił o dotyk, o powolne muśnięcie opuszkami palców.
– Yo, motherfucker/ – krzyknęła Justyna.
– Yo, bitch/ – odpowiedział Dafi.
Roześmieli się oboje i pocałowali w usta, kręcąc się jakby tańczyli walca. Choć pocałunek był przyjacielski, nie mogli, a może nie chcieli nawet ukryć erotycznego napięcia, które się w nim kryło.
– Będziesz dziś moją suczką? – spytał Dafi kręcąc w dłoniach rakietą. – Będziesz dziś moją tenisową suczką?
– Ależ oczywiście.
Asia skrzywiła się jak ktoś, kto chce ukryć zażenowanie. I wtedy Michał zauważył między nimi tę nić porozumienia, coś co ich połączyło już na spotkaniu w Meskalu, knajpie, w której nie czuł się zbyt dobrze, w której każdy mu dawał do zrozumienia, że jego poglądy, wszystko, co mówi jest zbyt proste, zbyt gówniarskie. Piłkarz wśród filozofów i jedna jedyna dziewczyna, która chyba chciała tego słuchać, która widziała w jego zdaniu jakąś wartość.
– Och, witaj piłkarzu – Justyna obróciła się do niego i ścisnęła mu dłoń.
Uwolniony Dafi rozpostarł błazeńsko ręce.
– Asia, chcesz mieć moje usta? Możesz je dostać, mogę ci dać całusa, będziesz miała odbitkę, pomalowałem je szminką.
Asia zachichotała cicho. Tym śmiechem zaraziła Michała. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wygląda to zbyt oczywiście, czy go w jednej chwili nie zdemaskuje, ale ona minęła Dafiego i podała mu smukłą, gładką rączkę.
– Michał – powiedziała. – Ja będę na ciebie mówiła Michał.
Skóra jej dłoni była tak gładka, że gdy musnął ją wargami, zdawało się, jakby się po niej ślizgał.
– Nie za dużo tych pocałunków?
– Och, Dafi, Dafi...
Rytm kortówki wystukiwany przez rakiety służył za podkład gadaniny Dafiego. Dafi zwykle mówił dużo, a przy kobietach znacznie więcej. Jego słowa fruwały jak zwariowana melodia, śmigając gdzieś wokół kortów głuchym echem.
– No więc mu mówię, bo mnie koleś wkurwił... ech... – posłał piłkę forhendem. – mówię mu, że kompletnie nie rozumiem – łap to, łap, pięknie – że nie mam pojęcia o czym on mówi, kiedy mówi o hu...ma...nizmie. I się go pytam, panie doktorze, czy pan – mam, mam...
Piłka złapana w siatkę.
– Noż kurwa... – powoli wlókł się na środek kortu. – ... mówię, pytam, czy pan doktor nie uważa tak jak ja, że co nam po tym humanizmie, jak i tak musimy go traktować dość niepoważnie, że coś takiego jak człowiek już dawno nie istnieje, że mamy już przecież posthumanizm, nawet koło naukowe w naszym instytucie zgłębia posthumanizm...
Asia nachylona przy białym sportowym buciku musiała zauważyć, że wzrok Michała ślizgał się po jej nogach. Uśmiechnęła się pod nosem i spytała:
– Przy tobie też tak cały czas gada? – i obdarzyła Dafiego znudzonym wzrokiem.
Spróbował odpowiedzieć, ale Dafiego przegadać było nie sposób.
– To są ważne rzeczy, Asiu, bardzo ważne. Zaraz ci dokończę, zobaczysz, że to jest ważne – podniósł piłeczkę i powoli, wywijając rakietą, kierował się na skraj placu. – No więc, nasz kochany doktor mówi, że on rozumie, że Koło Wiedeńskie może nastrajać krytycznie i twórczo, ale żebyśmy nie traktowali ich rozwiązań jak rozwiązań ostatecznych, że metafizyka ma się całkiem dobrze i że człowiek coś znaczy przecież...
– Och, skończ już, proszę – powiedziała Asia. – Przez ciebie Michał nie może mi odpowiedzieć.
– Ślad ci się rozmazał – kontynuował Dafi – ostro grasz, Asiu.
Dotknęła policzka, jakby się spodziewała, że w czerwonym śladzie ust Dafiego może zatopić palce.
– No więc, Asiu, Michale i Justyno, ten nasz doktor – swoją drogą nie wiem, jak on obronił doktorat – mówi, że człowiek coś znaczy, że przecież rozumiemy, tak? Rozumiemy, czym jest człowiek, tak? A ja na to, że przecież możemy jak najbardziej rozumieć, ale jednocześnie, w tej samej chwili, twierdzić, że człowiek jest konwencją, czyli innymi, kurwa, słowy, możemy zdawać sobie sprawę ze znaczenia. No i myślę sobie...
Justyna podtrzymywała się na rakiecie. Jej skrzyżowane nogi, jej twarz, nieśmiertelny błyszczyk na wargach, nadawał jej wygląd luksusowej dziwki.
– Lepiej nam powiedz, kiedy zaprosisz nas na fajerwerki – powiedziała.
– I myślę sobie, – zignorował ją – że on mi zaraz wyjedzie z jakimś tekstem w stylu, że to jest stary problem filozoficzny i, że skoro przez tysiące lat nikt go nie rozwiązał, to znaczy, że zależy jedynie od wiary, że zależy od tego, co przyjmiemy jako założenie... ale nie. Koleś zamiast tego przeszywa mnie wzrokiem, totalnie opętany tą całą filozofią, szukaniem esencji i innych bredni, i po chwili mówi. Tak zacięcie, że kurwa, że nie mam pytań. Pyta mnie, czy wiem, „czy wie pan, co to znaczy prawdziwie zdawać sobie sprawę ze znaczenia? Prawdziwie, do końca?”. Kręcę głową, myślę, że wyjebie zaraz z jakimś żartem. No bo takie pytanie zadał, jakby to miał być żart, nie? A on grobowym tonem, jakiś cholernie posmutniały mówi, „to znaczy – nie rozumieć nic”. Nie rozumieć nic.
– To kiedy te fajerwerki, Dafciu?
Zaśmiał się tak jak ojciec śmieje się do dziecka.
– Jakoś za tydzień. Teraz ja serwuję?
Pstryknął zapalniczką i pozwolił, żeby ogień chwilę popływał w powietrzu, zanim dotrze do papierosa. Mentolowy slim w ustach Asi mrugnął żarem, a dym zakręcił się w jej ustach, by za moment zniknąć we wnętrzu piersi. Spomiędzy rozchylonego kołnierzyka wtulony w kropelki potu, błyszczał srebrny łańcuszek.
– Taki dżentelmen – stwierdził Dafi. – Dżentelmen jak chuj. Gdzie tam patrzysz, piłkarzu?
– Nigdzie – bąknął jak nastolatek, niemal natychmiast zdając sobie sprawę, że była to najgorsza z możliwych odpowiedzi.
Leżeli na trawie. Korty znajdowały się na skraju miasta, wystarczyło zejść kilkadziesiąt metrów za bramę, by znaleźć widok na pola, las i trzciny rosnące po obu stronach strumyka. Słońce rozpływało się po błękitnym niebie. Ich buty, czerwone od prószonej cegły zdawały się jeszcze pulsować po wysiłku. Dafi siedzący po turecku z głową Justyny na kolanach. Nieco nad nimi Asia ze ściśniętymi udami, obok Michał, oparty łokciami na ziemi. Ktoś z nich – Michał nie wiedział kto – stwierdził, że wyglądają jak na obrazie Watteau, że to „istny Watteau”.
– Mi to nie przeszkadza. Wszyscy patrzą, Dafi cały czas ma oczy w moim biuście.
– Bo ja niczego nie ukrywam. Nigdy niczego, jestem dzieckiem Rousseou, ukrytym w dżungli, naturalne odruchy to nie nowość, Joanno. Nie nowość.
– Dafi jak zwykle bezpośredni – zaśmiała się Justyna.
Udał obruszonego i już po chwili zaczął nawijać swoim arystokratycznym tonem.
– No, ale przecież dużo łatwiej wszystko ogarnąć, prawda? Jak się ma wszystko poukładane. Tak, Justyś, chcę cię przelecieć, teraz w tej chwili, chcę cię rżnąć, zgadzasz się?
– Ogólnie tak – znów zachichotała. – Ale nie teraz Dafi, tu jest dużo mrówek, a ja nie lubię być podglądana.
– No widzisz, piłkarzu? Wszystko jest prostsze. Asia jest ładna, nie ma co ukrywać. Jest cholernie ładna, zgodzisz się?
Na moment Michał i Asia spotkali się wzrokiem i Michał kolejny raz pożałował, że tak łatwo daje sobą sterować, że tak bezwolnie potrafi przytaknąć. Asia uniosła brwi i spojrzała na Dafiego. Jej usta zabarwiły filtr od papierosa. Banalna zmysłowość tego faktu wstrząsnęła Michałem jak scena w filmie, która niezamierzenie wzrusza.
– Boże, jaka ona piękna – mówił Dafi. – Popatrz na jej piersi, no tak w tej trykotce nie zobaczysz ich w całej okazałości, to jasne, ale są piękne, nie za duże, duże piersi zwykle nie są ładne. Te mają małe brodawki, wiesz o tym? Musiałeś to zauważyć...
– Dafi... – westchnęła Asia.
– Och, ja uwielbiam twoje cycki – krzyknęła Justyna wywołując w Michale uczucie niesmaku; nie dlatego, że krzywił się na dźwięk słowa, „cycki” i nie dlatego, że wulgaryzm nie pasował do urody Asi, ale raczej dlatego, że dziewczyna nagle dała się poznać, jako jedna z tych tępych zdzir, które spotykał w klubach, gdy miał kilka dni wolnych od treningów.
– ...małe śliczne brodawki, które sterczą, kiedy przesuwasz dłonią po jej nogach, najpierw łydki, po wysiłku są jeszcze piękniejsze, zauważyłeś? Potem uda, aż do cudownego zakończenia, aż do...
Asia zmrużyła oczy. Czy ta złość była udawana? Nie można tak dobrze udawać złości.
– Dafi – ucięła.
– Wiesz, piłkarzu, do czego zmierzam? Jak sądzę, zmierzam do tego – przysunął palec do ust nakazując Asi spokój. – zmierzam do tego, że jej usta, które swoją drogą symbolizują, bo podobno wszystkie usta to symbolizują, wargi naszego cudownego zakończenia, są dziś wściekle czerwone. I to cały czas. Zauważyłeś? No właśnie do tego zmierzam, że na pewno zauważyłeś. Widzisz, ja mam taką zasadę, która mi wiele daje, to znaczy nie bawię się w żadne czytanie znaków, żadne pierdolenie, żadną semiologię życia codziennego, tylko pytam, „chcesz, żebyśmy się kochali?”. To dlatego...
Justyna zaśmiała się tak mocno, że jej głowa sturlała się z kolan Dafiego. Dafi spojrzał na nią z wyrazem pogardy, ale nie pozwolił, by przeszkodziła mu w monologu.
– ...to dlatego, że kobiety z jakiegoś powodu nie lubią słowa, „pieprzyć”. Więc się pytam w zasadzie, czy „chcesz się ze mną pieprzyć”, bo nie mam ochoty, rozumiesz, nie mam ochoty na flirt. Flirt mnie nie bawi, zwłaszcza, że możesz trafić na taką, która tylko lubi flirtować i nic więcej. Nieważne. Ważne, do czego zmierzam. No więc, piłkarzu, chodzi o to, że radzę ci tak postępować jak ja. Bo widzisz, Asia, odkąd cię poznała, nosi w kieszeni szminkę.
„Nosi w kieszeni szminkę”, to zdanie z wiersza (to był wiersz Poświatowskiej, mówił Dafi), z jakiegoś powodu wyzwoliło w Michale agresję. I nie był do końca pewien, czy samo to właśnie zdanie, sam goły fakt, że rzeczywiście Asia może nosić w kieszeni szminkę, czy może owo dziwne uczucie, zapewne podkręcone lekceważącym tonem Dafiego, nie pozwalało mu zapomnieć o tamtym popołudniu.
Owej agresji, uczucia złości na coś, co Dafi nazywał w intelektualnym amoku, prawem świata, nie mógł się pozbyć. Kiedy pewnego dnia posyłał piłkę w prawy róg bramki, kiedy ta odbiła się od słupka i w jednej sekundzie sprawiła, że Michał poczuł jak traci nad wszystkim kontrolę, przypomniało mu się, czy raczej uznał to przed sobą na jeden krótki moment, że Asia należy do innej rzeczywistości. Srebrny łańcuszek, kropelki potu na dekolcie. Prysznic, półka z kosmetykami, której nigdy nie widział. Kiedyś, gdy romansował z żoną trenera, uderzyło go, jaką siłę potrafi mieć cholerna półka z kosmetykami. Jaką przewagę zdobywa mąż nad kochankiem tym tylko, że wie jakich kosmetyków używa jego żona, że pod prysznicem znajduje jej włosy, że jego jebana szczoteczka leży z jej szczoteczką w jednym kubku. Tak, dwie głupie szczoteczki sprawiały wtedy, że czuł się jak zabawka.
Taki łańcuszek, taki srebrny łańcuszek, który przylegał do jej gładkiej skóry, musiała dostać od chłopaka.
Spotkał ją dwa dni potem. Siedziała na trybunie, w krótkiej dżinsowej spódniczce i biało-zielonej bluzce. Dzwoniła gdzieś, pisała sms-y.
– Długo tu jesteś? – spytał wspinając się po ławkach. Pod krótką grzywką czuł kojący chłód potu, jego serce wciąż jeszcze łomotało.
– Przed chwilą przyszłam. Tak myślałam, że cię tu znajdę. Dafi mówił, że masz treningi od dziesiątej, to prawda? Biegasz tak od dziesiątej?
Kiwnął głową, wściekły i rozczarowany, że nie czekała dłużej.
– Szukam Dafiego. Ma wyłączony telefon, wiesz coś o tym?
– Nic a nic.
– Dafi to taki facet, o którego trzeba się martwić.
– Być może – przytaknął wycierając twarz o kraniec koszulki. Poczuł jej spojrzenie na brzuchu.
– I nic nie wiesz?
– Przyszłaś tu, żeby dowiedzieć się, co z Dafim?
– Zostawiłam coś u niego i mam nadzieję, że to nie wyleciało w powietrze.
– Wczoraj jak od niego wychodziłem, rozpuszczał styropian w acetonie. Mówił, że do fugasa się to nie nadaje, więc raczej nic w powietrze nie wyleciało.
– Mogło się spalić.
– Mówił, że to coś jak napalm, fakt.
– Widziałeś jakiś dym?
– Nie.
– Więc się nie spaliło.
Jej śmiech był jednocześnie naiwny i wyrachowany. Miał w sobie coś ze śmiechu dziecka. I gdyby nie fakt, że jej dekolt unosił się i zapadał w subtelnych skokach wesołości, mógłby potraktować go jak śmiech dziecka.
– Robisz coś dziś wieczorem? – spytał.
Rozwarła powieki w geście zdumienia, by za chwilę przymknąć je i z podejrzliwością, z jaką kobieta pyta, „co robisz?”, gdy w łóżku nieopatrznie dasz na moment wyraz swoim perwersyjnym fantazjom, odezwała się.
– Dlaczego pytasz?
Nie spotkali się tego dnia, chociaż potem wszystko poszło gładko i Michał czuł, jakby stał się częścią filmu.
– Czyli, mówiąc niezbyt oficjalnie, weszliście w ślinę? – spytał Dafi. – Lizaliście się jak dziobaki? Czy nie jak dziobaki?
W normalnej kuchni na półkach ściskają się przyprawy, herbata, kawa, jakieś garnki, czasami cebula i czosnek. Kuchnia Dafiego przypominała bardziej laboratorium. Zlewki, probówki, palniki. Kanister z benzyną. Dafi wkładał do pończochy kawałek węgla, twierdził, że to najlepszy sposób, żeby z węgla zrobić pył. Ręczny młynek rezerwował dla kryształków, które tłoczyły się w słoikach pod kuchenką.
– Nie wiem nic o dziobakach.
– Mają narządy rodne w ustach.
– Więc nic takiego. To była otwarta przestrzeń, wokół pełno ludzi.
– Nie wiesz, jaką kobieta potrafi być dziwką.
– Doskonale wiem – powiedział, zdając sobie sprawę, że ukrywa coś przed Dafim, jakąś niemożność skierowania w stronę Asi brudnego popędu seksualnego. Jakby jej, wyobrażona przecież, delikatność na to nie pozwalała.
Dafi skrzywił się ledwo zauważalnie. Może jemu też brud nie pasował do Asi. Brud pasował do Justyny, tej wulgarnej cynicznej artystki, dla której seks jest formą świętej walki.
– Zapomniałem, że wy tam macie swoje imprezy. Ktoś wam załatwia kurwy, czy sami sobie dzwonicie?
– Nikt nam nie załatwia kurew. Ja sam też nie dzwonię, nie wiem jak inni.
Ostry ton głosu, może zbyt ostry.
– Masz rację, podobno bitwę pod Warną Polacy przegrali przez homoseksualną orgię.
– Nic o tym nie słyszałem.
– Chuj im na grób. Nie zarzucam ci, że jesteś homoseksualistą.
– A miałem to tak rozumieć?
– Nie. Obawiam się, że nie.
Wyjrzał przez okno z dziwnie zaciętym wyrazem twarzy, pończocha z węglem leżała obok jego dłoni, poczerniałej jak u trupa, a jednocześnie delikatnej jak u murzyńskiego dziecka z reklamy akcji charytatywnej. Sięgnął po szklankę wody. Woda dla Sudanu. Budujcie studnie. Jakie dziwne pragnienie mignęło w twarzy Dafiego, jakiś cień niespełnienia i porażki.
– Kiedy zaczynasz sezon? – spytał.
– Za dwa tygodnie, prawie równo dwa.
– Wyjeżdżasz?
– Będę miał tu treningi, przynajmniej od czasu do czasu. Poznań niedaleko, więc nie będzie problemu, na benzynę mam.
– Kurwa, ty się zakochałeś. Nie, piłkarzu? Ty się zakochałeś, a ja buduję bomby.
Zmierzch wcale nie był taki słaby jak im się wydawało. Mieli się śmiać z fabularnej porażki, zamiast tego siedzieli na składanym tapczanie, powbijani głowami w szorstkie poduszki. Kapa całkowicie już opadła, jak gdyby przed chwilą siłowali się ze sobą, mimo, że między nimi zaistniał jakiś dystans, wcale nie byli blisko siebie. Próbowali, ale to musiało się rozkręcić, czasami się rozkręcało, czasami wracał do swojego pokoju w sportowym hotelu nawet bez pocałunku. I wciąż od nowa, jakby za każdym razem się od nowa poznawali.
– Wzruszasz się, królowo śniegu? – spytał, kiedy Robert Pattinson przyznawał się do bycia wampirem w jakimś lesie opatulonym sztuczną mgłą.
– Królowo śniegu?
– Nieważne.
Twarz miała niewzruszoną, jakby te słowa minęły ją o kilka centymetrów. Wyszła do kuchni. Woda, czajnik bezprzewodowy. Udawanie beztroski przychodziło jej naturalnie, można było się nabrać.
– Widziałeś się z Dafim? – spytała.
Czuł, że jest w tym pytaniu zemsta.
Cień od zasłon dzielił ją na skos, drobinki kurzu unosiły się na tle granatowych szortów. Opalone uda i kubek w objęciach dłoni jak dziecko, albo mały kotek. Ten widok mówił mu, że nie ma czym się martwić, że wszystko jest w porządku, a jednocześnie niepokoiło go, że nie może jej zranić, jak gdyby taka władza była dowodem miłości.
Milczał. Nie miał prawa się złościć, nie miał nawet prawa do bólu.
– No, misiu, widziałeś się, czy nie?
Zatopiła palce w jego włosach, drugą dłonią wciąż oplatała kubek. Chłód jej skóry na nogach, gładkość marmuru, mięśnie naprężone jak cięciwa – nie z napięcia, a z gotowości. Była piękna, piękna, inna, piękna, piękna, była nieszczera, była piękna…
– Piękno, piłkarzu – mówił Dafi z zębami zaciśniętymi na loncie – służy tylko i wyłącznie do kłamania, dobrze o tym wiesz, ale możesz sobie nie zdawać sprawy. One się wciąż zmieniają, kiedy pokazują kolce, robią się piękne, kobiety to jeże, stary. Kobiety to pierdolone jeże.
Wpatrywał się z uwagą w poplątany sznur, ręce jak maszyny rozwiązywały kolejne pętle. Zdawało się, że to zadanie pochłania go całego, angażuje wszystko, co Dafi posiada. Kiedy szło o bomby, Dafi wydawał się dziwnie chłodny, wręcz profesjonalny.
Niebo było ciemnoszare i tak niespokojne, że zdawało się przelatywać między piętrami opuszczonej ciepłowni.
Okna, na których zostały już tylko ząbki zbitego szkła, stalowe belki zatopione krzywo w pustakach, kępki trawy wyrastające spomiędzy żelbetonowych płyt. To wszystko sprawiało, że Piłkarz odczuwał ów rodzaj lęku, który zmieszany z podnieceniem, paraliżuje, sprawia, że na niczym nie można się skupić.
– Nie podoba mi się ta wizja – stwierdził Piłkarz.
– Kobiety jeża?
– Piękne jest piękne, kłamstwo to kłamstwo.
Dafi skierował wzrok w stronę betonowej budy przypominającej bunkier. Zdawało się, że mierzy odległość, ocenia coś, oblicza.
– Wiesz dlaczego piękno ma znaczenie, Piłkarzu? Bo gówno z niego rozumiesz, pomyśl o tym. Weź taką Penelope Cruz, kocham ją, kocham jej cycki, jest piękna, nie? Powiedz, że nie jest. Tylko co z tego wynika? Piękno jest tak ostateczne, że poza nim nic już nie ma, pustka, totalna pustka. Można z tego zrobić manifest, program nowego ruchu artystycznego. Sęk w tym, że mamy zbyt duży problem z rozumieniem się w rozmowie, żeby to jeszcze pięknem zaciemniać. Chodźmy podłączyć ten sznur do spłonki, Piłkarzu.
Kawałek lontu był zaśliniony. Z lekkim obrzydzeniem wytarł go o skrawek koszulki i ruszył. Wydawało się, że nabiera powietrza do kolejnego monologu.
– Popatrz na te wszystkie melodramatyczne historie. Może nie Scarlett O’Hara, ale spójrz na Holly Golightly, ta szmata ze Śniadania u Tiffany’ego, urocza, tak urocza, że można się w niej zakochać, czytałeś?
– Nie.
– Oglądałeś?
– Nie jestem pewien.
– Nie szkodzi. Ta historia jest piękna, nie? Jest zajebiście piękna, wściekają się na siebie, ale rzadko to przyznają, seria nieporozumień, ale jakich pięknych. Ryzykuję twierdzenie, że każdy romantyczny związek opiera się na nieporozumieniu. Tam, gdzie nie można być szczęśliwym, można przynajmniej być pięknym.
....
[I dalej jeszcze będzie, no]
Komentarze (2)
-
- Małgorzata Sochoń
- 01 lipca 2011, 17:42:04
Panie Filipie. Przeczytałam ok. 6 - 8 % Pana tekstu. Tylko tyle . Nie dlatego , że tekst zniechęca. Może inni zainteresują się całością. Ja na Liternecie szukam raczej wierszy, a nie prozy. Ale muszę Panu coś ważnego powiedzieć. Pochwalić za poprawność językową! Dopiero pod koniec przeczytanego przeze mnie kawałka zmieniłabym miejsce przecinków w pewnym zdaniu i jakiś tam drobiazg. A to już bardzo fajne u Pana. Ta poprawność.
Napisał Pan:
"...choć w tym stroju, jej uda, delikatny naskórek ich wewnętrznych części prosił o dotyk, o powolne muśnięcie opuszkami palców."
Lepiej może byłoby jakoś tak:
"... choć w tym stroju jej uda, delikatny naskórek ich wewnętrznych części, prosiły o dotyk, o powolne muśnięcie opuszkami palców."
Życzę powodzenia w pisaniu.
-
- filip cyprowski
- 01 lipca 2011, 19:02:08
Hihi :)
fajny komentarz :) serio - fajny właśnie, aż się uśmiechnąłem.
Pozdrawiam i dziękuję!